wtorek, 28 sierpnia 2018

Fiksum dyrdum


Zastanawiałem się jak zacząć ten tekst. Czułem wielką presję- w świecie, w którym oglądamy reklamy, bo nie chce nam się ruszyć tyłka po pilota, rozpoczęcie pisania bloga jest jak stworzenie świata. Ale jak widać, na początku było słowo. Konkretnie słowo „Zastanawiałem”. I dalej to już idzie, bo to piąte zdanie przecież, a niby się jeszcze nic nie zaczęło.

Z braku laku, mówię sobie: napiszę o tym co jest dla mnie ważne. Ponieważ ma to być blog hurraoptymistyczny, gdzie dzieci jeżdżą w RWF, jedzą BLW, wychowują się w RB, wszyscy się przytulają i latają motylki, nie miałem żadnych wątpliwości, co powinienem najpierw napisać. UWIELBIAM MOTORYZACJĘ. Auta to moja miłość. I co prawda nasze Renault/francuska zaraza* (niepotrzebne skreślić), generalnie nie jeździ tyłem, wcina tylko bezołowiową 95 i jest chowany twardą ręką, to zdecydowanie wolę, gdy jest sprawny, czysty i nieporysowany.

Sylwester, jadę sobie z rodziną, żona obok, auto przodem, dziecko tyłem, jest fajnie. Nagle robi się fajnie mniej, bo przez wybitne malowanie pasów na rondzie, zajeżdżam komuś drogę. Lekkie starcie. Ja wściekły: „K**** mać”. Żona pyta: „Uderzył w nas?” A syn, który, nie mając wtedy dwóch lat, relacjonuje i powtarza przebieg wszystkich wydarzeń każdego dnia, z zadowoleniem oznajmia: „Tatuś uderzył!”. Serce krwawi na widok poharatanego zderzaka, choć komukolwiek powiem, że porysowałem strasznie auto, trzy razy dopytuje: „Gdzie, bo nie widzę?”. Wtedy z lekką irytację każę ludziom kucać i się przyglądać pięciu ryskom na zderzaku, na co słyszę odpowiedź: „Ahaaaa, no coś tam jest”. Baby nie zrozumiejo.

Gorsze od ignorancji motoryzacyjnej ludzi jest chyba tylko puszczanie bąków w kinie.

Nasz syn docenia ciężką pracę, wie że trzeba ją nagrodzić, dlatego oklaski w Milionerach nie mogą być pozostawione same sobie, należy im wtórować. Dziecko klaszcze i poucza babcia i dziadkę: „Brawo brawo, Babcia bije!” No i trzeba bić brawo, jak wszyscy to wszyscy. Mnie też czasem ręce same składają się do oklasków. Szczególnie gdy słyszę, że znowu coś „trzeba wymienić”. Żarówka? Worek na śmieci? Mikser, bo się spalił? Pościel? Filtr do dzbanka? Baterie w zabawce? Never ending story. Albo jak słyszę że coś „się urwało”. Żona: „Znowu urwało mi się wieszadełko od płaszcza”. Ja mówię: „Urwało się czy urwałaś?”. „No urwało się”. Ale syn już wie: „Mamusia urwała wieszadeeuuułko!”.

Splot pozornie bezkształtnych chwil, które dla nas z każdym dniem są coraz bardziej rozmyte. Jednak dla dzieci ten chaos jest zupełnie do ogarnięcia, przecież od maluszka uczestniczą w życiu rodzinnym, tyle że wszystko przeżywają i układają po swojemu. Dzieciom wszystko się na swój sposób udaje, bo one jeszcze nie wiedzą, że się nie da. I w tym strumieniu godzin, minut i sekund przychodzi taki dzień, w którym jesteście na zakupach z żoną i ze zmęczonym, ledwo łączącym wątki dzieckiem i w kolejce do kasy upada mu już
z tego wszystkiego czapka.

Po prostu u-p-a-d-a c-z-a-p-k-a.

Syn mówi: „Czapka spadła”. Podnosi ją starsza pani stojąca za nami w kolejce i podaje dziecku. Mówi: „chyba zgubiłeś czapeczkę”. Syn mówi: „tak.” Ona mówi: „Jaki fajny dzieciaczek, no taki ładny chłopiec, ojejejej. A ile ty masz lat?”. Dziecko myśli, myśli, po czym pokazuje na paluszkach i mówi: „dwa”. Starsza pani: „Jak ślicznie mówi! Ja też mam taką wnuczusię małą jak ty, wiesz, taką malutką” Panuje atmosfera, nie ukrywam, lekkiej dumy. Zupełnie szczerze- gdyby to była scena z reklamy, to właśnie od nas biłby magiczny blask nieskazitelnej bieli visira i pozytywna energia bezglutenowych płatków fit. I tak sobie myślę, że te wszystkie metody, brak kar i nagród, to tłumaczenie świata i uczuć, ta bliskość, że to wszystko naprawdę ma sens. Te piękne książki, wyzwolone dzieci, zniewoleni rodzice, od bachora do profesora, łał to działa. Piękny blondynek, wtedy niespełna dwuletni, pełen radości, zrozumiale mówiący (ćwiczy od rana do wieczora). Wtedy nasz syn zachęcony do rozmów o życiu pokazuje zadrapanie na ręce mówiąc: „Mam ała”. Starsza Pani: „ojej, a co ci się stało?”. Tymek opuścił zmęczony wzrok, myślał chwilę i w końcu mówi: „Tatuś uderzył”. Pryska czarodziejska bańka, konsternacja, starsza pani zamurowana, głowa paruje szukając gorączkowo racjonalnych usprawiedliwień dla wieczornych opowieści dwulatka, ale nie; mija ułamek sekundy i syn kończy tę scenę: „Kulwa mać, Tatuś uderzył, Mamusia urwała, Babcia bije”.

            Nie wiem jak to nazwać, ale gdzieś w dziecku musi istnieć taki właśnie „gen dziecięcia”. Taki gen, który sprawia, że dziecko zapamiętuje właśnie te najbrzydsze słowa, choćby raz wypowiedziane. Że chce dotknąć właśnie tych rzeczy, które są dla niego najniebezpieczniejsze. Że przypadkiem uderzy cię głową, w najbardziej bolesne miejsce. To już nie jest zwykła ciekawość, to jakieś podświadome rozgryzanie rodzica, z tym nie wygrasz: „Czego by jeszcze mama mi nie pozwoliła? Tak, zrobię to!” albo „Ciekawe o czym myśli tata. Ooo to gniazdko wydaje się być idealne dla tego patyczka”. Ale najgorzej, jak ci dziecko zaczyna gadać i wchodzi w twoje buty. Widzę ostatnio, że młody przymierza się do klikania na moim laptopie, choć wie, że to mój komputer i że tylko ja włączam tam bajki. Podchodzę do niego i mówię: „Tymoteusz...” a dziecko, nie zaszczycając mnie nawet na ułamek sekundy, choćby przelotnym, spojrzeniem recytuje pod nosem „…nie ruszaj komputera” i jakby nigdy nic zaczyna naciskać klawiaturę. Ale i tak najlepiej mają dziadkowie, przerażeni, żeby wnuczek nic sobie nie zrobił pod ich pieczą. Musieli się przyzwyczaić do tego „genu dziecięcia” na nowo. Jak raz, drugi czy trzeci poprosili wnuka, żeby nie biegał i jednocześnie za nim chodzili, żeby go złapać <w razie czego>, to nie dziwota, że młody potem biegał od pokoju do pokoju jodłując przy tym wesoło „nie biegaj nie biegaj nie biegaj nie biegaj”.

A to i tak spokojne dziecko przecież jest!

            Dałem ten krótki tekst do przeczytania żonie i mówię „sprawdź czy to się nadaje do czytania”. Przeczytała żona, przeczytała jej siostra, fajne fajne, śmieszne śmieszne, ALE. Mhm, cóż za <ale>? „No bo mógłbyś przedstawić trochę bardziej ojcowski, męski punkt widzenia”. No cóż. Byłem człowiekiem, dla którego przyszłe rodzicielstwo to prosty świat, będący odtworzeniem tego co sam przeżył i tego co widzi wokół siebie.

Ale w pewnym momencie wszedłem w pełen magicznych technologii świat. Świat, gdzie dzieci nosi się w tkanych szmatach, co to jak są znoszone i sprane to można za nie więcej wołać na chustoświrkowych grupach na facebooku. Świat, gdzie karmi się cyckiem, aż to dziecku wyjdzie bokiem. Gdzie za noszenie dziecka w wisiadle czeka ostracyzm. Za brak RWFa banicja. Za szczepienie hejt nieszczepiących, za nieszczepienie pogarda szczepiących. Cała filozofia rodzenia naturalnego, porodów domowych i cesarskich cięć. Fiksum dyrdum proszę Was, Drogie Panie. Krok, li tylko kroczek, dzieli wielkie pasje i zgłębianie wiedzy o rodzicielstwie i sprawach okołoporodowych od sekciarskiego fundamentalizmu i układania innym życia od A do Z. W tę całą feerię pięknych idei szpilki wetknąć się już nie da. Cały ten świat tworzy zorganizowaną całość: jak rodzić, jak karmić, jak uczyć, jak wychowywać, jak nosić, jak wozić. Ale trzeba pamiętać, że nie przeżyjemy życia za innych. I o ile mamom przychodzi łatwiej zainteresowanie trendami jeśli chodzi o wychowywanie dzieci, o tyle u panów (niestety) najczęściej jest to płynięcie z prądem. Jeśli tata jest zaangażowany, to w najlepszym wypadku wypowie zdawkowe „yhym”. Patrz jaka piękna chusta! Yhym. Kupujemy fotelik RWF. Jaki? No taki tyłem. Yhym. A taki z tesco nie wystarczy? Nie! Yhym. Zobacz jaki piękny drewniany domek w stylu Montessori, kupimy? Yhym.

Dlaczego tak jest?????

Bo nadmiar szkodzi. Bo rozbudzanie apetytu w jakimś temacie musi się wiązać z pozytywną energią, a nie z bombardowaniem tysiącem szczegółowych zagadnień z nutką przymusu. Faceci są słabi, każde przeziębienie nas zabija, a rysa na samochodzie wpędza w depresję. Więc ilość informacji musi być d-o-p-a-s-o-w-a-n-a do nas i do naszych możliwości. Wiem, to niełatwe, gdy ma się tyle do powiedzenia! (szowinista!)

Wiecie skąd to wiem? Bo moja żona też to przeżywa codziennie. Gdy mówię, że chciałbym w aucie zmienić felgi na większe, przyciemnić szyby, wymienić olej. Gdy tłumaczę dlaczego wymiana tej czy innej części jest konieczna, gdy sprzątam auto albo znikam na całą noc w garażu. Na szczęście- my się już dogadaliśmy. „Kamil, będziesz nosić w chuście?” „Pewnie! A ty będziesz jeździć Renault?” „Będę”. No i fajnie. Zrozumienie i umiar. Dla mojej Ani Hands Free, to swoboda rąk przy dziecku zamotanym w chustę, dla mnie to system bezkluczykowego dostępu do mojego auta. Ważne, że mówimy w jednym języku.
 
PS. legenda, pozdro dla niekumatych:
RWF- (ang. rear way facing) skrót używany do określenia fotelików montowanych tyłem do kierunku jazdy,
BLW- (ang. baby-led weaning, po polsku sympatycznie określane jako Bobas Lubi Wybór) skrót nazwy metody wprowadzania pokarmów stałych do diety dziecka
RB- skrót od Rodzicielstwa Bliskości (ang. attachment parenting), szeroko pojętej metody na odnalezienie własnej drogi do szczęśliwej i związanej rodziny